a series of unfortunate events (with happy ending)

jeżeli ktoś nie wie, co to jest pechowy dzień, to ja może wyłożę.

pechowy dzień zaczyna się od tego, że jedziesz z chłopakiem swym na targ w sopocie-wyścigu (wiem że to się inaczej odmienia, ale nie popieram), jedziecie sobie na legalu, z kupionymi biletami, pogoda dopisuje, kanar spisuje (ale nie was), pan obok śpi, z chłopakiem wymieniasz czułe spojrzenia, masz ogolone nogi i krótkie spodenki. potem wysiadacie, na targu kupujesz se kieckę, dwie bluzki, niby tanie wszystko ale rach ciach i nagle kończą się pieniądze, a tu jeszcze jedna bluzka – najfajniejsza ze wszystkich rzecz jasna, kusi. [tu jeszcze pech nie wkroczył do akcji, to na razie twoja wina, bo nie wyciągnęłaś wystarczającej ilości pieniędzy z bankomatu, albo nie wytargowałaś jak trzeba, albo kupiłaś bez namysłu zamiast chwilę poczekać, żaden dramat…] idziecie do bankomatu. idziecie, ale po drodze uruchomił ci się język żmii, którym skutecznie psujesz sobie i swemu chłopakowi humor, i wcale nie poszło o pieniądze, ale kupowanie bluzki momentalnie ci się odechciało, więc wracasz po rower i umawiacie się z chłopakiem na obiad w pewnym lokalu niedaleko. na miejscu okazuje się, że lokal pełen, więc przeprowadzacie się do innego [pech zaczyna kiełkować].

spożywanie posiłku w miejscu publicznym w stanie skłócenia musi wyglądać z boku bardzo efektownie – zazdrościsz kelnerom. rozstajecie się dosyć ostentacyjnie, wsiadasz na rower i jedziesz w stronę domu. jedziesz sobie brzegiem niepodległości, równiutko, wzdłuż krawężnika, tempem dosyć szybkim ale bez przesady, piratem drogowym na tej swojej damce nie jesteś, wtem jakiś dżipas za tobą zaczyna drzeć trąbę. pewnie chodzi mu o to, byś zjechała na chodnik, ale ty tego nie robisz, bo według twojej oceny niepodległości jest szeroka i wszyscy się na niej pomieszczą. na to oburzony dżipas wyprzedza cię, zwalnia i ze spuszczonej jego niczym przyłbica szyby wychylają się dwie paskudne mordy trzydziestoletnich palantów, i mordy te ryczą – uwaga cytuję: ty zdziro, jesteś popierdolona.

jest niestety rzeczą pewną, choć mało zrozumiałą, że ryczeli do ciebie. jesteś potwornie zaskoczona, ale też lekko wkurzona, że nie udało ci się im nic odkrzyknąć. wiadomo, że dialogi takiego pokroju i tak są idiotyczne, ale kurczę, niech sobie nie myślą, że ty o nich nic nie myślisz. kilkadziesiąt metrów dalej zdajesz sobie sprawę, że zgubiłaś gdzieś po drodze książkę, którą prawie skończyłaś czytać i wiozłaś na bagażniku, a przyjechawszy do domu okazuje się, że twojego chłopaka jeszcze nie ma w domu, a ty nie masz ani kluczy, ani komórki, ani książki. za chwilę wyjdzie jeszcze na jaw, że nie masz też aparatu, bo zepsułaś sobie obiektyw, pewnie przy jakimś wstrząsie [tu już stwierdzamy namacalną obecność pecha]. rozdrażniona zostawiasz rower z zakupami na klatce schodowej i idziesz do traffica w poszukiwaniu swojej książki, nie żeby ją kupić, ale przynajmniej doczytać do końca. nie ma. w empiku też nie. wracasz do domu, po drodze na szczęście dogania cię zdzichu, który ma klucze. uffff

po takim czymś może być już tylko lepiej. wieczorem możecie już pogodzeni z chłopakiem pojechać do józefa, skonsumować bananowy toast i dwie herbaty na kreskę, zamienić dwa słowa z adamem, trzy z andrzejem, pogawędzić z chłopakami i dziewczętami, spróbować od kasi pieroga z kapustą i grzybami, wrócić z danczim i słuchać toola w samochodzie, i możesz przy tym wszystkim mieć brudne prawe ucho od farby a i tak będzie dobrze.

Advertisements

0 Responses to “a series of unfortunate events (with happy ending)”



  1. Leave a Comment

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s





%d bloggers like this: