Archive for June, 2009

skimskimskimskimskimskimskimskimskimskiskimski

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

na jednym się nie skończyło – skończyło się na górce

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

zanim nie wcelowali we mnie karabinem maszynowym było spoko =]

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
*     *     *
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

no to już

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

“ej dziewczyny, czemu siedzicie w szafie?”

*     *     *

Photobucket

wysypisko nadal tyryfa

Photobucket
Photobucket

moje okno potrafi robić tylko szparę, nie da się na nim siedzieć i dyndać nogami na zewnątrz. nie mam też ogródka ze ślimakami i tarasu do picia porannej zbożowej z resztkami mleka. stąd jest bliżej na targ, na egzamin z psychometrii, na plażę, do lasu i do ogólnie pojętego życia towarzyskiego. w szafie jest więcej przyborów do malowania  i książek do nauki. w lodówce zawsze jest jakaś wódka, do wódki zawsze jest jakiś gość, dla gościa zawsze jest jakaś pościel. no chyba sami rozumiecie, że jakoś nie mogę wrócić do siebie, no nie mogę.

ale się zbieram.

powoli.

ps: kawę stawia zosia właściwa, warzywa do kanapek hania, nie-wyspa-nie stawiam ja, a zdjęcia stawia bartek m.

od pewnego czasu nie bywam w domu zbyt często. no cóż.

zdzich 22:21:50
od 2h walczę z powodzią bo jakaś lasia prała koc z kłakami kocimi
zatkało to pralkę
później moherowy sfeterek
dowali
i zalało kuchnię
ogarniasz to:)
szok
ale już powycierane
oby tylko nie zalało sąsiadów na dole
na dole w pralce po prawej stronie jest filtr, który trzeba czyścić co jakiś czas, wyjąłem monety, kocie kłaki, rękaw mohera, bilet, naklejkę…
rafała już wprowadziłem w temat
niezła kolekcja skarbów:)

zdzich 22:29:13
ps.w wannie jest szara bluza
namoczyłem ją i opłukałem, bo jakiś uroczy kotek zlał się na nią:)
chyba tęsknią?

[ letnie przesilenie słońca ]

jeśli jeszcze nie wiesz kim jestem, to ci powiem, że jestem cyrkiem objazdowym. tu mi chrzęści, tam telepie, tu mi skrzypi, a tam powiewa. jak to cyrk. ale pewne cyrki trzeba przestać ciągnąć, bo w końcu przestają być zabawne, a robią się śmieszne. i wtedy już zapomina się, dokąd się jedzie – pamięta się tylko, że coś się wkręciło w koła wozu.

z rana, kiedy wierni wybierali się do kościoła, ja jechałam w odwrotną stronę – na przeczyszczenie metaforycznej wnętrzności. odbyło się ono przy akompaniamencie młodych kacząt i państwa młodych (imitujących w krzakach płomienne emocje środkami wyrazu rodem z klanu), zgodnie z założeniem pozbawiło pewnego jak się okazało całkiem zbędnego balastu i przypomniało o istotności wypracowania sobie w życiu odpowiedniej dawki trzeźwego egoizmu. tak, żeby się nie dać zwariować. proces bolesny, lecz dający pewien spokój myślenia w zakresie słuszności podjętych decyzji. kiedy pchałam rower w stronę wyjścia, bo alejka była nie-rowerowa, przemówiła do mnie jakaś zakonnica tekstem wielce enigmatycznym: “a co, jak mi odlecisz?”. nie zrozumiałam – może miało to jakiś wymiar, o którym nic nie wiem, a może się po prostu przesłyszałam. potem za resztę bilonu kupiłam sobie lemoniadę, czereśnie i dużego rogala, wymieniłam pokaźną sumę euro na monstrualną sumę złotych polskich – będą na naprawę laptopa i nowe firanki, odwiedziłam znajomego, który uświadomił mi, że jeszcze istnieją ludzie z pełną lodówką i szafką oferującą co najmniej cztery rodzaje herbaty, zjadłam owemu znajomemu zdecydowaną większość czekolady czarnej z orzechami oraz sałatkę, którą sporządził i podał niczym szef kuchni włoskiej, otrzymałam wstępną propozycję pracy moich marzeń na lato, takiej związanej ze szlajaniem się po francji i byciem podróżniczką, i chociaż zasadniczo miałam w planie dnia przewidziane płacz i rozpacz – nie wyszło. ostatecznie zrobiłam coś dla swojego dobra, a to nie powinno doprowadzać do płaczu, choćby była taka pokusa. 

nota bene post scriptum ale jaja: wczoraj z rana ktoś wydziera się z dołu, że jakiś pan do zosi właściwej. zosia zaspana nieprzytomna zczłapuje na dół, a w drzwiach nikt inny jak adam o. : “dzieńdobry, czy chciałaby pani sprzedać ten samochód tutaj? ja bym jutro dał pieniądze…”