Archive for August, 2008

adam powiedział [1]

/ babcia jest ekspertem od kółek tych takich ząbkowatych /…/ bo trzeba wiedzieć, że nie wszyscy są rolnikami /…/ koleżanka jest mercedesem i cały czas wygląda jak odlew /…/ koleżanka się zakochała w pralce /…/ ludzie mówią, że pralka umrze, ale to są insynuacje /…/ chodzi mi cały czas o tę szkołę kocią czy psią w Kłocku /…/ co się stanie z kobietą w moich nogach, która nie umie prać? /…/ kiuri, taka przyprawa /…/ – adamie, gdzie pan mieszka? – u siebie w domu, ale proszę mi nie przerywać /…/ wioślarz ma inną pupę, smart ma inną pupę, i szewrolet, i warszawa mają inne pupy – każdy pierdzi inaczej /…/ jesteś bardzo pokrzywdzona (o moich ściętych włosach) /…/ czy kochasz mnie choć troszkę? albo czy znasz jakąś kobietę, która mnie kocha? /…/ ja jestem jaki jestem – jak jestem głupi to jestem głupi, jak mądry to mądry /

Advertisements

uau, jesteś fotografem?

najmłodsza uczestniczka imprezy miała cztery ząbki, a najstarszy do wieku się nie przyznał. wypstrykano dwa filmy, przyniesiono wypstrykanych z tuzin. ktoś zrobił pyszne ogórki kiszone (wiem, bo zjadłam pół słoika). nie zapamiętałam połowy imion. miły rapował a bruklin puszczała hity z lat 90. wódki starczyło ponoć do 19:22 dnia następnego.

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

* * *

ehh, asystenci…

Photobucket

[ tych zdjęć jest o jakieś sto tysięcy więcej na jakichś dziesięciu innych aparatach]

a series of unfortunate events (with happy ending)

jeżeli ktoś nie wie, co to jest pechowy dzień, to ja może wyłożę.

pechowy dzień zaczyna się od tego, że jedziesz z chłopakiem swym na targ w sopocie-wyścigu (wiem że to się inaczej odmienia, ale nie popieram), jedziecie sobie na legalu, z kupionymi biletami, pogoda dopisuje, kanar spisuje (ale nie was), pan obok śpi, z chłopakiem wymieniasz czułe spojrzenia, masz ogolone nogi i krótkie spodenki. potem wysiadacie, na targu kupujesz se kieckę, dwie bluzki, niby tanie wszystko ale rach ciach i nagle kończą się pieniądze, a tu jeszcze jedna bluzka – najfajniejsza ze wszystkich rzecz jasna, kusi. [tu jeszcze pech nie wkroczył do akcji, to na razie twoja wina, bo nie wyciągnęłaś wystarczającej ilości pieniędzy z bankomatu, albo nie wytargowałaś jak trzeba, albo kupiłaś bez namysłu zamiast chwilę poczekać, żaden dramat…] idziecie do bankomatu. idziecie, ale po drodze uruchomił ci się język żmii, którym skutecznie psujesz sobie i swemu chłopakowi humor, i wcale nie poszło o pieniądze, ale kupowanie bluzki momentalnie ci się odechciało, więc wracasz po rower i umawiacie się z chłopakiem na obiad w pewnym lokalu niedaleko. na miejscu okazuje się, że lokal pełen, więc przeprowadzacie się do innego [pech zaczyna kiełkować].

spożywanie posiłku w miejscu publicznym w stanie skłócenia musi wyglądać z boku bardzo efektownie – zazdrościsz kelnerom. rozstajecie się dosyć ostentacyjnie, wsiadasz na rower i jedziesz w stronę domu. jedziesz sobie brzegiem niepodległości, równiutko, wzdłuż krawężnika, tempem dosyć szybkim ale bez przesady, piratem drogowym na tej swojej damce nie jesteś, wtem jakiś dżipas za tobą zaczyna drzeć trąbę. pewnie chodzi mu o to, byś zjechała na chodnik, ale ty tego nie robisz, bo według twojej oceny niepodległości jest szeroka i wszyscy się na niej pomieszczą. na to oburzony dżipas wyprzedza cię, zwalnia i ze spuszczonej jego niczym przyłbica szyby wychylają się dwie paskudne mordy trzydziestoletnich palantów, i mordy te ryczą – uwaga cytuję: ty zdziro, jesteś popierdolona.

jest niestety rzeczą pewną, choć mało zrozumiałą, że ryczeli do ciebie. jesteś potwornie zaskoczona, ale też lekko wkurzona, że nie udało ci się im nic odkrzyknąć. wiadomo, że dialogi takiego pokroju i tak są idiotyczne, ale kurczę, niech sobie nie myślą, że ty o nich nic nie myślisz. kilkadziesiąt metrów dalej zdajesz sobie sprawę, że zgubiłaś gdzieś po drodze książkę, którą prawie skończyłaś czytać i wiozłaś na bagażniku, a przyjechawszy do domu okazuje się, że twojego chłopaka jeszcze nie ma w domu, a ty nie masz ani kluczy, ani komórki, ani książki. za chwilę wyjdzie jeszcze na jaw, że nie masz też aparatu, bo zepsułaś sobie obiektyw, pewnie przy jakimś wstrząsie [tu już stwierdzamy namacalną obecność pecha]. rozdrażniona zostawiasz rower z zakupami na klatce schodowej i idziesz do traffica w poszukiwaniu swojej książki, nie żeby ją kupić, ale przynajmniej doczytać do końca. nie ma. w empiku też nie. wracasz do domu, po drodze na szczęście dogania cię zdzichu, który ma klucze. uffff

po takim czymś może być już tylko lepiej. wieczorem możecie już pogodzeni z chłopakiem pojechać do józefa, skonsumować bananowy toast i dwie herbaty na kreskę, zamienić dwa słowa z adamem, trzy z andrzejem, pogawędzić z chłopakami i dziewczętami, spróbować od kasi pieroga z kapustą i grzybami, wrócić z danczim i słuchać toola w samochodzie, i możesz przy tym wszystkim mieć brudne prawe ucho od farby a i tak będzie dobrze.

winiaka nie mylić z winiaczem

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

“nie znasz winiaka? nie możesz być polakiem i nie znać winiaka” – twierdzi kula. wyszło nam, że tylko kula jest polakiem. i że po winiaku nie ma smaku wódki w ustach.

Photobucket

powyżej: pita w dwufazowej ochronie słonecznej (nicolas cage, ray charles).
poniżej: pita wypluty z dzbanuszka

Photobucket

Photobucket

powyżej: kula (w kobiecej chustce) nakłania zedteha do herbaty z prądem. która w rzeczywistości jest prądem z naparstkiem herbaty – zalewamy pod stołem, mamy już dość zaburzone poczucie proporcji.
poniżej: zetdeha ma zaburzone również poczucie równowagi i ląduje na podłodze.

Photobucket

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

a pablo pozuje na skuterze zuzki do zdjęć na naszą-klasę.
Photobucket

* * *

wróciliśmy (dzida, kula, pita, ja) na rowerach. było pusto, chłodno i wesoło. w domu wykończyliśmy resztki tarty cebulowej i otworzyliśmy wino (którego pół wylałam). rano nakarmiliśmy głodne koty i siebie, oraz rozegraliśmy partię eurobusinessa w towarzystwie ancymona antka i rodziny flinstonow. zostałam potentatką linii kolejowych.

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

w sam raz dla mas

w czwartek przyjechała kama z dziewczynami i pełnym portfelem, więc z tej okazji pióra na oczy, wódka, narkotyki miękkie, narkotyki twarde, sopot.

Photobucket

(jakiś koleś puścił pawia w damskiej toalecie, inny opowiadał mi, jak na osiemnastkę przekłuwał sobie sutki, jeszcze inny deklamował wiersze – pierwszy o tym, że wyrywaliśmy razem chwasty i że zabierze mnie do nieba i będzie pilnował, żeby nikt nas nie zdeptał, a drugi o złotej rybce która da mi szczęście. jak to jest, że nieszczęśliwi mężczyźni zawsze chcą uszczęśliwiać szczęśliwe kobiety… poza tym był rudy janek, który zaprezentował nam swój nowy fryz i niedogoloną bródkę, z której włosy pod dolną wargą sterczą w górę jak druciki, i ogolony andrzej, który poszedł postawić nam drinka i zostawił w zamian kurtkę (obejrzałam więc sobie prawo jazdy z nieaktualnym zdjęciem), i jakiś frajer, co nieudolnie próbował udawać turystę i zwracał się do nas po angielsku, przy czym patrzył na świat znad zbędnych okularów słonecznych i spod zbędnego słomkowego kapelusza. ku naszej radości spotkałyśmy też tomka i kalinę z martą. sopot jest mały, a czwartek gęsty. )

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket

5am

“popatrz, panna wraca sama do domu” mówi koleś miniony na monciaku o świcie. “ale za to do kogo” myślę sobie.

w taksówce kaseta the doors. sopot-główny – gdańsk-wrzeszcz, 31zł, taryfa 2.

szakalaka

Photobucket
Photobucket

* * *

Photobucket
Photobucket

* * *

Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket
Photobucket